Skocz do zawartości


 

Najbardziej lubiana zawartość


#19414 MARATON KAJAKOWY NA PILICY

Napisane przez Turabat w 30 marzec 2014 - 18:14

Super impreza! Wielkie podziękowania dla organizatorów!

Tu znajdziecie kilka zdjęć: FOTORELACJA.

Mój zrzut z GPS-a.

Dołączona grafika

I trzech szczęśliwych panów na koniec imprezy:

Dołączona grafika


#20138 MARATON - GAUJA XXL

Napisane przez Wiesiek w 06 maj 2014 - 02:04

No to od początku. Nie jest to żadne narzekanie, ani użalanie tylko opis moich odczuć.
Przyjechałem jak to ja lajtowo z żonką , córeczką i wnukiem. Zaczęło się od oględzin Gauji na miejscu, poszedłem nad rzekę, której nie ma tu w Lacities - poziom o jakieś 1 m niżej niż w ubiegłym roku. Z racji tego, że przyjechaliśmy tu wypocząć na majówkę podjechałem do Valmiery i na metę zobaczyć stan rzeki. Koszmar w Valmierze nawet miejscowi kajakarze nie chcieli za bardzo ćwiczyć bo nie było na czym. W ubiegłym roku kamory przykryte wodą teraz widać ich podstawy. Na mecie woda niżej gdzieś tak o 1,2 - może 1,5 m.
Start
Rozpoczęło się 200-250 m od polany, powód rzeka przegrodzona w poprzek kamorami. I tak od startu do rana było co jakiś czas. Poza tym było cholernie zimno. Ja po godzinie byłem zmuszony do założenia na mój aua shell teflonowej kurtki bo już zaczęło smyrać. Po dwóch godzinach zmieniłem cienkie łapawice na pełne - nie dało rady marzły palce. Od 22-23 nad woda zaczynały się tłuc mgły, 24 już koszmar co chwila bystrza szypoty i przewężenia. Wysepki, których w ubiegłym roku nie widziałem. Gdzieś na 30 km (stary zwalony most wyłażę z kajaka bo na kamorach szkoda mi sprzętu. Zresztą nie tylko ja co chwila ktoś szoruje kadłubem po dnie, które jest kamieniste.Gdzieś tak między 23 - 4 rano stawka się rozciąga widać, że poniektórzy dobijają do brzegu i nocują. Ja mam plan zrobić 200 i złapać ze trzy- cztery godziny snu i dalej. Koszmar mgły i sunących w tej mgle kajaków co chwila któryś szorujących o dno jest niesamowity. Przez pewien czas płynę w towarzystwie chłopaka na eskimosce i dziewczyny w jedynce typowo morskiej. Płyną korzystając z mojego oświetlenia - znaczy chcieliby. To co jest na wodzie nawet mnie nie jest w stanie ustrzec przed płyciznami. Większe kamory jakoś omijam szorowanie po dnie nie jestem w stanie. Na pewno, gdybym był ze dwadzieścia kilo lżejszy to byłoby inaczej :S I tak jest przez całą noc. Ty Piotrze z Endomondo możesz odczytać moją prędkość i tempo, relację uzupełnię jak będę miał czas. Nad ranem zaczynam, po którymś kolejnym przepłyceniu lub jak ktoś woli szypocie zauważam zmianę w ustawieniu i sterowności kajaka - stało się to co przewidywać należał i czego się obawiałem. Do rufowej komory dostała się woda. Jest noc i nie mam wyjścia wiosłuję dalej. Szczęśliwy, że mam ciepłe ciuch, choć mniej szczęśliwy, że nie wziąłem zimowego kombinezonu i łapawic na zimę. Izostar w camelbacku jest cholernie zimny a herbaty mam tylko jeden termos do rana jeszcze trochę czasu. Rozpalam ogrzewacz i wkładam pod dres na brzuch - zdecydowanie poprawia odczucie ciepła. Powoli stawka się rozciąga moi towarzysze zostają w tyle, lub podobijali do brzegu. Koło czwartej nad ranem mam juz serdecznie dość jest k....sko zimno. Mgła a właściwie opar znad wody spowodował, że na mnie i kajaku jest 2 - 3 mm warstwa lodu. Wraz ze świtem niknie opar i bezchmurne niebo zapowiada słoneczny dzień. I tu się pomyliłem bo słońce nie oznacza wcale ciepła. Choć staram się płynąć jak najwięcej w słońcu. O szóstej nad ranem chwila luzu w obserwacji rzeki i wpływam w jakieś wędkarskie czy rybackie pułapki, a może przysnąłem na chwilę i mam kabinę. Albo ja jestem już tak zmarznięty albo głupi - ale woda jest nad wyraz ciepła - wykręcam ciuchy i płynę dalej. Błogosławiony przez wędkarzy - z wzajemnością. Na punkcie kontrolnym melduję się około 10.40 mam spore szanse na to by realizować swój plan. Niestety opróżnienie kajaka z wody zmiana ciuchów i osuszenie i zaklejenie taśmą ewentualnych miejsc przetarcia i nieszczelności trochę zajmuje czasu. Nie towarzyszy mi żaden serwis, moja Mała jest w awaryjnej rezerwie jak by coś się stało. Zresztą założenie jest przepłynąć w podobnym czasie co rok temu. Na punkcie cała ekipa się na mnie patrzy - ja płynę dalej kilka osad co było wcześniej suszą ciuchy też mieli kabiny albo wyłazili do wody, żeby się zepchnąć z kamorów. Start do drugiego etapu wydaje się być dobrą decyzją. Jednak nie jest od początku prawie silny wiatr w mordę na rzece bez silnego prądu daje o sobie znać moja prędkość z 8 - 10 km/h spada do 6-8 km/h trochę to błogosławię ale mam nadzieję że po południu przejdzie, do końca, czyli mostu w Strenci nie przeszło. Wiatr jest taki, że po zaprzestaniu wiosłowania za chwilę staję i się cofam pod prąd. Na szczęście skończyłe się tak częste przepłycenia lub też w dzień lepiej widać i je omijam. Ale płycizn i wysp jest pełno. Kajak zaczyna gdzieś po dwóch godzinach piać do góry. Zatrzymuję się wylewam wodę i już wiem, że most w Strenci to mój przystanek końcowy.
W ubiegłym roku w rzeczkę, przed mostem w Strenci - nawet jej na mapie nie ma, wpływało się i dopływało do pomostu, który teraz okazuje się kłdką zawieszoną dobr półtora metra nad lustrem wody.
Opływam most i wysiadam z kajak. Znów pełen wody.
Czekając na podwózkę analizuję co się zdarzyło.
1. Trzeba było wziąć polietylen - nie było by skuchy ze sprzętem. Widziałem jak Łotysze rezygnowali z szybkościówek i wsiadali w polietyleny - mądrzy ludzie.
2. Na drugi raz wezmę kombinezon zimowy :)
3. Łapawice - typowe zimówki są lepsze na takie warunki od neoprenowych.
4. Przy takich warunkach dwa termosy z herbatką (w moim przypadku) byłyby lepszym rozwiązaniem.
Czy jestem zły - nie, zawiedziony trochę ale zły wcale - no może troszeczkę.
Czy będę tam w następnym roku - tak bardzo się będę starał, żeby się zameldować.

Nic na dzień dzisiejszy nie zmieni faktu, że impreza organizowana przez Dzidzisa jest niesamowita i daje się spojrzeć na siebie pod innym kątem.
Będę za rok.
To tyle jak jakieś pytanka to proszę. Trzoszkę to chaotyczne - ale nic nie będę zmieniał.Bo nie mam zamiaru upiększać, ubarwiać ani się tłumaczyć. Dostałem na własne życzenie zdrowo w d... i mni e się to podoba. W następnym roku będę mądrzejszy.

PS
Takie łapawice i kombinezonik jak na zdjątku w avatarze byłyby idealne na te warunki :lol:


#19769 Pogaducha Ropucha

Napisane przez Turabat w 13 kwiecień 2014 - 16:56

A ja mam nowego Orlika!!! :)
Dołączona grafika


#19447 MARATON KAJAKOWY NA PILICY

Napisane przez Mani w 31 marzec 2014 - 20:58

Moja fotorelacja z maratonu
Gratuluje wszystkim 25 uczestnikom maratonu, a szczególnie tym 10 najlepszym z najlepszych którzy go w całości ukończyli i dopłynęli do mety w limicie 13 godzin.


#13840 Mapa morska - cały świat

Napisane przez mielony303 w 23 kwiecień 2013 - 09:57

http://www.navionics.com/en/webapp


#24617 MARATON KAJAKOWY NA PILICY

Napisane przez Ropuch w 30 marzec 2015 - 13:40

Taaa... Od czego tu zacząć? Od tego, że jeszcze nie widziałem na Pilicy w jednym miejscu i czasie tylu fantastycznie po...nych* Ludzików? A, może od swoich obaw, czy ja to w ogóle przepłynę...? Albo nie, zacznę od złapania gumy w naszej przyczepie kajakowej w drodze na maraton. Było tak: gdy ustalił się już ostatecznie skład QmQmów na Cross Maraton 2015 w czwartek późnym wieczorem załadowaliśmy kajaki na naszą, klubową przyczepę i przy pomocy Słoneczka "Vitka" (moja taczka zdrzemnęła się w WKW) pojechaliśmy do domeczku mego, któren to po drodze na maraton jest. Skład QmQmów był taki: Agusia, Lucy, Słoneczko, Maciuś, Ropuch.

Z domeczku wyjechaliśmy w piątek bladym świtem  ok 8.27 (nareszcie jechałem prawdziwym samochodem...) ze Słoneczkiem. Maciuś miał dojechać do Tomaszowa wieczorem (pracunia) zabierając Agusię oraz Kasię i Sławka z KIM-u. Lucy także z powodu pracuni miała dojechać samodzielnie. W zakamarkach mózgu mego wykluł się niesłychanie sprytny plan, by pospać półtorej godziny dłużej przed wyścigiem, niż inni jego uczestnicy nocujący w Tomaszowie. Dlatego załatwiliśmy sobie ze Słoneczkiem i Lucy pokoik w Przedborzu (miejsce startu). Jak się później okazało nie byłem jedynym niesłychanie sprytnym, który wpadł na ten niesłychanie sprytny pomysł. Wraz z innymi uczestnikami spotkaliśmy się przy recepcji... Agusia i Macius zdecydowali się, że spią tak, jak organizator zaproponował czyli w Tomaszowie. Ale po kolei. Wyjechaliśmy w pięknych okolicznościach. Za kierownicą Vitka oraz na niebiesiech Słoneczko. Tak się szcześliwie składa, że nasze Słoneczko, to "samochodziara" pęłną gębą. Ma uprawnienia nawet na TIR-y! Jest jedyną kobietą przy której w samochodzie czuję się bezpiecznie. Tyle, że ma jedną wadę. Szybko jeździ. Nie powiem z jaką prędkością jechaliśmy ciągnąc przyczepę z kajakami, bo przecież nie będę kablował na własnego QmQma ale efekt tej szaleńczej jazdy był taki, że dopiero wyprzedzany przez nas pojazd dał znać światłami, że coś nie halo. Za nami dymił dym... Stanęliśmy. Chyba dłuższy czas jechaliśmy (przyczepa dwuosiowa) na flaku i opona zaczęła się smażyć. Dupa blada, wokół szczere pole, a zapasu nie mamy. Do tego jeszcze opona nietypowa bo dętkowa "12"-ka. Z prędkością piechura doczołgaliśmy się do jakichś zabudowań, gdzie na szczęście był wulkanizator i na szczęście znalazł nietypową oponę i dętkę. Co za ulga. Bez przygód dojeżdżamy do Tomaszowa i znajdujemy Ośrodek "Przystań", gdzie ma swoja siedzibę klub "Amber" - współorganizator maratonu.  Powitalne buzi, buzi z Małgosią 530 - Panią Dyrektor imprezy szybka weryfikacja, dostajemy numerki na kajaki do przyklejenia. Poznaję wreszcie w realu Andrzeja - Prezesa Klubu "Amber". Rany boskie! Ale ten facet ma łeb, żeby ogarnąć logistycznie tylu ludzi i tak "rozdmuchaną' imprezę. Małgosia również zapracowana więc nie pieprzę banialuków i wycofuję się do kącika, co by nie przeszkadzać. Powoli ośrodek zapełnia się samochodami z kajakami na dachach. Przyjeżdżają kolejne ekipy z całej Polski. Z Cross Maratonu 2015 robią się nieoficjalne mistrzostwa Polski w kajakarstwie długodystansowym. Jest  Bazyl, Turabat z Martusią, Olekzezar, Tygrys, Sławek, niejaki Piotrek z miasta Białogard z Jolcią, w symbiozie z Kaziem, Pączuś, Theboski. Wszystkich nie wymienię oczywizda, boć to przecież kupa luda ale witamy się ze wszystkimi serdecznie, jak to w naszej wielkiej rodzinie przystało. Dojechała wreszcie reszta naszych QmQmów i razem z Lucy dwoma samochodami (miało być inaczej...) wyjeżdżamy późnym wieczorem do Przedborza. Wieziemy także kajaki Dlapiego i Jacka (odważne chłopaki...). To, że tam w ogóle dojechaliśmy było cudem, a autorem cudu - Słoneczko. Prąd się w jej telefonie skończył i zostaliśmy bez GPS-a. Jak ona wiedziała gdzie jechać po tych lokalnych dróżkach, gdzie diabeł dobranoc mówi, to tylko ona wie. Ok północy leżymy w łóżeczkach, a Dziewczynom na kawały się zebrało. Na moje nieszczęście śmieszne są i ryję ze śmiechu, jak jaki gupi. Wreszcie w połowie kolejnego dowcipu zasypiam. Dwie łyknięte melatoninki  zadziałały. Co się później działo nie wiem... To znaczy wiem: obudziłem się o 4.15 i wartko, a dziarsko oddałem się przygotowaniom. Sniadanko, myju myju, żarełko na płynięcie, dobór ciuchów itp. Zawsze uważałem, że diabeł w szczegółach siedzi. Lubię mieć wszystko obcykane. Założenia naszej QmQmowej "kupki" były takie: Aga ma wygrać w swojej kategorii i "przy okazji" dołożyć co najmniej parunastu facetom. Lucy płynie turystycznie i kończy w Sulejowie. Słoneczko dopływa do Tomaszowa i tu kończy. Maciuś i ja mamy po prostu ukończyć maraton w zapodanych limitach czasowych. Nieśmiało marzę o pierwszej dwudziestce. O czym Maciuś marzył, nie wiem. Ale niestety Maciuś musiał zakończyć w Tomaszowie. Brał udział w akcji pomocy Tomkowi, który glebnął się na Zalewie (oddał własne ciuchy na przebranie), a kontuzja nadgarstka przyłożyła się do tego, że musiał skończyć w Tomaszowie. Szkoda, bo wiem, że te 116 km jest jak najbardziej w możliwościach Maciusia. Przecież dwa tygodnie temu cmyknęliśmy razem Pętlę Warszawską, którą w długolskiej skali trudności stawiam wyżej nawet niż Cross Maraton. Dobra, wracamy na start. Tłum ludzi i kajaków, kolorowo jak cholera. Przyjechał nawet burmistrz Przedborza. Wszyscy zajęci 
przygotowaniami. Troszkę nerwówy i pośpiechu. Tylko długolskie wygi jakieś takie spokojne, ruchy opanowane, luzik. Mnie oczywizda tuż przed startem jakaś potężna siła zaciąga w krzaki. Dobrze, że są... Ale lepiej teraz niż w trakcie wyścigu. Ilość zawodników wymusza na organizatorach podzielenie startujących na dwie grupy. Ja łapię się do pierwszej. Spuszczam się na wodę o dziwo bez spóźnienia. Mam nawet czas na krótkie rozpływanie w górę. Żdziebko przesadziłem z tym rozpływaniem, bo gdy zawróciłem w kierunku linii startu właśnie wyścig ruszył. No, fajnie. Na same dzień dobry 200 m w plecy. Ale cóż to jest na przeciwko tych 116 km... Przede mną woda skotłowana, jak po przejściu tajfunu. Ślizgam się na fali wzbudzonej przez poprzedzające mnie kajaki. W takich warunach woda nieczytelna jest, a po drodze kilka przytopionych kołków. Płynę na czuja, jakoś udaje się nie zaliczyć żadnego z nich. Wyprzedza mnie Dlapi, który również spóźnił się na starcie. Tyle, że on jakoś tak szybciej dogania czołówkę... Po kilku kilometrach stawka rozciąga się, jest spokojniej. Wrzuciłem tempomat i robię swoje, po swojemu, swoim tempem. Najgorsze co jest, to ściganie się tuż po starcie. Moja taktyka jest taka: płynę póki co z założeniem zmieszczenia się w limicie, a jak się już 
zmieszczę powalczę o wynik. Podgrupka, w której przez jakiś czas płynę ciągle się zmienia. Przede mną płyną "jakieś punkciki", które staram się cmyknąć nie nakładem sił lecz cwaniactwem, czyli czytaniem wody i wyborem lepszego toru płynięcia. Powoli z ostatnich miejsc przesuwam się do środka stawki. Który jestem, nie wiem i nie bardzo mnie to w tej chwili interesuje. Na ściganie się ze ścigantami z przodka nie mam oczywizda żadnych szans ale ta pierwsza dwudziestka troszku mi po mózgu lata. Do Sulejowa dopływam z czasem (chyba...)
4.24 Agusia na tym odcinku była o 4 min lepsza. Nie zatrzymuję się, bo nie mam potrzeby. Wszystko mam pod ręką. Se płynę. Przed Zalewem doganiam Tadzia z KIM-u i Artura (Drwala). Na Zalewie liczyłem na falę, bo moja łódka na falę stworzona jest, ale dupa, niebiosa nie chcą pomagać. Woda troszkę tylko zmarszczona, chociaż Kolegom płynacym na maratonkach mogła sprawić ździebko kłopotu. Na Zalewie Kowboj, którego na rzece wyprzedziłem włączył jakieś dopalacze i minął mnie w tempie, którego mogłem tylko pozazdrościć. Do zapory przypływam tuż za Arturem i Tomkiem. Tadzio chwilę po mnie. Tu dowiaduję się o glebie Tomka. Dla mnie Pączuś, Adaś (Theboski), Maciuś, którzy pomagali Tomkowi (ok 15 min siedział w wodzie) to bohaterzy.  Przenoska, to coś czego najbardziej nie lubię. Mój Soluś wazy 22 kg, a wózka nie mam, oddałem Słonku. Chciał nie chciał biorę się z tematem za bary (raczej "na") i idę. I w tym momencie powinienem zostać zdyskwalifikowany, bo po drodze spotkałem Martusię - żonę Turabata, która przed chwilą odprowadziła męża swego do wody. Sam fakt spotkania Martusi w trakcie przenoski nie jest jeszcze powodem do dyskwalifikacji ale to, co później nastapiło chyba już jest. Martusia widząc mnie umęczonego z kajakiem na plerach zawróciła i idąc obok mnie wkładała mi do buzi... Na sajmpierw wcisnęła mi kiełbaskę, następnie pomidorka koktajlowego, potem kiełbaskę, potem pomidorka... i tak do wody prawie. Cóż za wspaniałe interwały...! Nakarmiła mnie i nie straciłem na ten proceder ani sekundy! Jakby co, poddaję się dobrowolnie surowej karze ale Martusi wdzięczny jestem co niemiara. Niestety "Pan Bóg" pokarał mnie natychmiast za moją pazerność na jadło i wynik. Znów potężna siła zaciągnęła mnie w krzaki... Tadzio z KIM-u i Bracia Drwale i Aniołek odpłynęli przede mną. Wreszcie i ja się spuściłem i gonię. Brzuszek pełen, to i ruchy jakby pełniejsze. Zaczynam przeciągać łychę jakbym dopiero zaczął maraton. Powoli ale dochodzę Chłopaków. Na drugim punkcie w Tomaszowie mijam posilającego się Aniołka, przelatuję bystrze pod mostem kolejowym i widzę kajak Tomka na brzegu. Znaczy była gleba. Gonię Artura. Dzisiaj mam szansę go dogonić, bo nie płynie Raiderem tylko Emotionem 505, a to wolniejsza od Solusia łódka. Ale co tam, zawszeć to mogę się poprężyć... Od Tomaszowa płynę już przed Tadziem. Przede mną na prostych odcinkach rzeki majaczą w oddali dwa punkciki. Gdy je doganiam okazuje się,że to Artur i Mirek. Mirek ma kłopoty techniczne ze swoją maratonką. Naciągi steru poluzowały się i łódka myszkuje zmuszając co chwila do kontrowania. W tzw normalnych warunkach za Mirkiem, tak jak i za Arturem tylko dym bym wąchał, a tak kolejny powód do prężenia... Chwilę płyniemy razem no i sobie płynę dalej. W Inowłodziu niespodzianka: na brzegu stoją Mateuszek z Anetką (Ci, co zaręczyli się na maratonie na Jazioraku). Co za radość! Ich obecność dodaje mi skrzydeł. Zaczynam jeszcze podkręcać tempo Przede mną kolejny "punkcik". Znika mi on chwilami, bo zaczyna robić się ciemnawo. W pewnym momencie "punkcik" zwalnia. Dochodzę go. To jakiś młody Kolega, którego nie miałem okazji poznać w realu. Myślę sobie: "Ha!, prąd Koledze wyłączyli, mój ci on". Mając go przed sobą ok 50 m poczułem się już tak pewnie, że sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem do Żabci, by zameldować, że płynę i wsjo łokiej. I ta pewność siebie mnie zgubiła. Kolega przede mną zapodał sobie jakieś "paliwko", odżył i jak dał z wieśka, to już go do mety nie dogoniłem. A, na mecie cóż za miłe zaskoczenie! Jestem jedenasty z czasem 12.10 (chyba...) I zaraz myśl: "Cholera! Mogłem być dziesiąty! Ale co tam. I tak jestem szcześliwy. Na brzegu już jest Mateuszek, już łapki pomocne wyciąga, już kajak spod dupy zabiera. Jest już ciemno. Płonie ognisko, ciepłe żarełko podają.
Przebieram się i siadam przy ogniu. Taaa... "Długolstwo" to ciężki kawałek chleba... Dopływają kolejni zawodnicy, a ja czekam na Agusię. Dopłynęła (chyba...) godzinę po mnie. Dumny jestem z Niej ale nie bardzo wiem, jak się zachować. Gratulować...? No, jasne!  Ale to zaczyna robić się nudne...  Sukcesy Agusi zaczynają mi powszednieć. Chyba będzie trzeba Agusię na Jukon wyekspediować. Niech tam zobaczą, jak polska dziewczyna pływa. No i tyle mojej opowiastki Ludziki Kochane, bo co się działo na wieczornym spotkaniu, to szczerze się przyznam, że nie pamiętam, bo siadłem sobie w kąciku wśród "moich" QmQmów, siorbnąłem browarka i ździebko przysypiałem ze zmęczenia... Dziękuję wszystkim, z którymi miałem przyjemnosć "obcować" na wodzie i poza nią. To było wielkie święto kajakarstwa długodystansowego. Szczególnie dziękuję Koleżankom i Kolegom zaangażowanym w organizację maratonu. Może nie wszystko było dopięte "na ostatni guzik" ale dla mnie, to są szczegóły do dopracowania na przyszłość. Dziękuję Wam bardzo, że chciało się Wam chcieć i dzięki temu przeżyłem (myśłę, że nie tylko ja) fantastyczną przygodę. Gratuluję zwycięzcom i tym, którzy przełamali swoje słabości i porobili swoje "życiówki". A, tak na prawdę w kontekście przesłania, jakie towarzyszyło tej imprezie zwycięzcami są wszyscy, którzy w niej wystartowali. Dzięki Ludziki i do zobaczenia za rok!
Qm! Qm!  :)
 
(* - wypełnić wg preferencji)



#20695 Wyprawa w pop..rzek Polski

Napisane przez Turabat w 10 czerwiec 2014 - 19:26

Urlop mam już podpisany i mogę się z Wami podzielić moim planem wyprawy kajakowej. Najlepiej zobrazuje to poniższa mapka. Startuję 20 czerwca na Bugu przy granicy z Białorusią - czyli już w następny piątek :D.


Dołączona grafika


W tym wątku postaram się na bieżąco pisać o postępach mojej wycieczki.


#19538 MARATON KAJAKOWY NA PILICY

Napisane przez Ropuch w 02 kwiecień 2014 - 21:54

No dobra. "Pismem obrazkowym" (zdjęcia) maraton został już opowiedziany, czas na beletrystykę. Tak jak śpiewać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej, tak ja napisać muszę. Inaczej się uduszę. Początki organizacyjne były dość skromne. Darek - chociaż jest jednym z najlepszych Długoli w Polsce, jako organizator debiutował (?). Troszkę było nerwowości , bo byli tacy, co się podśmiewali zamiast pomóc w organizacji imprezki. Jednak od momentu zaistnienia w przestrzeni publicznej pomysłu maratonu pilicznego , do terminu jego startu, było trochę czasu i pomału Dlapi zgromadził wokół siebie grono zapaleńców, nawet sponsorów, którzy włączyli się w wir przygotowań. Zaczęło się robić profesjonalnie i było. W piątek późnym wieczorem wyjechałem z mojej sadzawki ukochaną taczką motorową w towarzystwie Balbiny, Zygfryda i Dyzia (to takie moje "kumple" pilnujące taczki, na których powszechnie znany Kazimierz czasami ćwiczy ruchy frykcyjne...) i w tempie nostalgicznym dotarliśmy ok. 22.00 do Domaniewic do ośrodka "Safari", którego właścicielem jest jeden ze startujących w maratonie zawodników - Mirek Kowalski. Piękny kawał terenu nadrzecznego. Jest tam wypożyczalnia kajaków, pokoje do wynajęcia, wybieg dla koni. Wspaniała, miła obsługa. Było już po kolacji, część uczestników szykowała się pa lulu, więc nie zdążyłem przywitać się ze wszystkimi. Zapakowaliśmy mojego "Solusia" na samochód Darka i po załatwieniu formalności zaległem w mojej taczce, która na tę okoliczność zamienia się w "campera". Nie bardzo wiem, po co zaległem, bo dochodziła 24.00, a o 3.00 pobudka, 4.00 wyjazd do Przedborza na start. Ale dobre i 3 godziny snu. Ponieważ byłem ździebko przemęczony pracunią, założeniem mym było nie ścigać się tylko cmyknąć te 116 km w zapodanym limicie. Zresztą jak tu się ścigać z tymi cholernymi Raiderami ..., w których siedzą takie różne Piotry, Kaziki, Drwale i... Turabaty... Rano (3.00) łomot czyjejś koleżeńskiej ręki o blachy mojego "campera" uświadamia mi, że czas przestać udawać sen i pora zwlec cielsko. Siebie wbijam w ciuchy do płynięcia, a w jelita pokarm (nigdy nie jem tak rano), pakuję się do samochodu Darka i ... zaczęło się. Wesoły autobusik. Chcieli mnie śmiechem za......ć (wypełnić wg preferencji). Z wymęczoną przeponą brzuszną wysiadłem na nadrzecznej łączce w Przedborzu, a tam już wszyscy uczestnicy przygotowują swoje "rumaki" i siebie o startu. Miło było popatrzeć jak 27 zafiksowanych ludzików zgrabnie, fachowo czyni, co potrzeba, by te 116 km padło ich łupem. W tym składzie przypadkowych ludzi raczej nie było. Jest i Kingusia, która postanowiła ździebko nam potowarzyszyć na trasie. 6.15 start. Zakotłowało się na wodzie, ściganci wycięli do przodu jak z katapulty. Kilka osób, z jak zwykle nie śpieszącym się Wiesiem na czele, zostało jeszcze na starcie. Ja wyruszyłem na trasę w towarzystwie Agusi i Bazyla. Postanowiliśmy z Bazylem towarzyszyć Agusi do drugiego punktu kontrolnego w Tomaszowie, a potem mieliśmy już każdy na własną rękę dotrzeć do mety. Oczywizda jeśli zmieścimy się w limicie czasowym...Na pierwszym punkcie meldujemy się z zapasem czasowym, więc płyniemy dalej gawędząc sobie, a nawet śpiewając. Stwierdzam, że Bazyl ma wspaniały głos i dużą kulturę muzyczną (kiedyś uczyłem dzieci muzyki, więc troszkę "kumam cha che"). Na drugim pkt. kontrolnym Hania obiecała masaż, więc zacząłem ździebko przyśpieszać, co by czasu na niego starczyło, ale Agusia jakoś zaczęła się ociągać...(zazdrosna jakaś czy co?... ;) ). Na obnoszeniu zapory tracimy sporo czasu, ale poznajemy za to fajnych ludzi - Ewę i Krzysia. Okazuje się, że Ewa, to moja sąsiadka. Mieszka o rzut beretem ode mnie i na dodatek zna Milimetra. Ależ ten świat mały... Do Tomaszowa dopływamy 10 min. po czasie. Piękna szatynka z kół zbliżonych do organizatora, donośnym głosikiem (wzmocnionym przez tubę) zawiadamia nas, że właśnie zakończyła się dla nas ta wycieczka i mamy zejść z wody. Agusia i Bazyl, to grzeczni ludzie, więc posłuchali. A ja ...? O! Ja niegrzeczny! Popłynąłem dalej zapominając nawet o masażu...Szatynka woła jeszcze za mną, że nie ma już ratowników na bystrzu pod mostem kolejowym itd.... Zacząłem "deptać wieśka", ale ostatnie 20 kilo płynąłem w ciemnościach. Światła nie wziąłem... Poświata na wodzie pozwalała dostrzec wolną wodę, ale kilka razy zupełnie nie wiedziałem gdzie płynę. Brałem wtedy na słuch. W tych warunkach znaleźć nurt i utrzymać się w nim było niemożliwością. Zaliczałem więc mieliznę za mielizną i nie udało mi się dotrzeć na metę w limicie 13 h. A na mecie było już wesoło. Stoliczek, muzyczka, itp. itd. ... Rzeka oświetlona światłami samochodów. Czekali na mnie... Dzięki! Właściwie to powinienem zostać wykluczony z imprezy, bo złamałem regulamin zawodów w co najmniej trzech punktach. Ano, :) tak to ze mną jest. Nie nadaję się na imprezy "masowe" i "zorganizowane". Wolę kameralnie w wąskim gronie, bez regulaminów, nakazów, zakazów... Ale szczęśliwość mnie ogarnia ogromna, że tam byłem. Obcować ze wspaniałymi ludźmi cenną rzeczą jest. Gratuluję wszystkim Uczestnikom naszego "zlotu". Jeśli chodzi o wyniki, miejsca 1-3, nie są dla mnie zaskoczeniem. Największym jest 5 miejsce Turabata. No i dowiedziałem się przy okazji, że Hania wcale nie jest taką "leszczyną" jak myślałem... Agusiu! Bazylku! Bardzo Wam dziękuję za wspólne płynięcie. Było piękniasto! W przyszłym roku dopłyniemy do mety (w limicie). Wszystkie "długolskie mordy" ściskam i pozdrawiam! (No, to do Parsęty, u Piotrusia...) :)


#11812 Życzenia na "Nowy Rok"

Napisane przez Kazik w 29 grudzień 2012 - 17:49

Życzę wszystkim kajakarzom ( morskim, górskim ,zwałkowym, szuwarowo -błotnym i nawet miękkim cipom ) dużo pływania, wspaniałych przygód kajakowych,pięknej pogody ,fajnych kajaczków i wszystkiego najlepszego co związane z kajaczkami.


#23029 Kalendarz Maratonów 2015

Napisane przez piotrek w 31 grudzień 2014 - 17:03

Kaziu, a może? ...trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym... ;)

 

 

Już za późno.

A tak na serio, to dopóki jesteśmy na tej scenie, to jesteśmy niepokonani. Nie ma znaczenia czy na przedzie stawki, w środku czy na końcu. Liczy się pasja i chęć rywalizacji, chociażby z samym sobą. I tego życzę Wszystkim w nadchodzącym 2015 roku!!!




#20028 100 KM PARSĘTĄ

Napisane przez Turabat w 27 kwiecień 2014 - 22:11

Jola, Piotrek. Bardzo dziękujemy za gościnę i za perfekcyjną organizację maratonu. Było rewelacyjnie!

A tu znajdziecie część zdjęć z naszego aparatu.
Maraton Parsęta


#19472 MARATON KAJAKOWY NA PILICY

Napisane przez Turabat w 01 kwiecień 2014 - 17:58

Za zgodą małżonki :), udostępniam trochę więcej nieobrobionych zdjęć z maratonu.
google plus


#17857 Pogaducha Ropucha

Napisane przez Ropuch w 01 styczeń 2014 - 23:42

Skończył się "trzynasty" roczek,

więc w "czternasty" róbmy kroczek.

Gdy ten moment już nadchodzi

wszyscy: starzy, piękni, młodzi

podsumowań dokonują

różne,nowe plany snują,

O czymże Turabat może

myśleć, gdy Raiderem "orze"

wodę (niczym kombajn zboże)?

"K...a! Jeszcze im dołożę!"

 

Na północy, hen daleko

nad Parsętą - piękną rzeką,

też zadumał się Piotr Wielki,

jak ten wodny ludek wszelki

bardziej zdominować jeszcze,

by, te "miękkie ...y", "leszcze"

jeszcze bardziej podziwiały

Piotra, co to "jest ze skały".

Kazik przestał już planować,

no, bo zaczął ustępować

pola "świeżej krwi", co wpływa

w nasz długolski, mały światek.

Choć na karku sporo latek

już Kaziowi się zebrało,

można stwierdzić jednak śmiało,

że on nas zadziwi jeszcze,

że te wszystkie"miękkie...leszcze"

schylą czoła przed Kazikiem

powaleni wręcz wynikiem,

jaki Kazik jeszcze zrobi

i tym samym "przyozdobi"

kajakowe maratony,

jeśli będzie zgodę żony

miał nieborak, bo Milimetr

zgody takiej ma "centymetr",

więc z powodu "centymetra"

rzadko widzę Milimetra,

jak Wisełkę ze mną "orze".

Może biedak już nie może

z żony wyrwać się niewoli...?

Niech mu powie Grześ Boboli

ten, co w KIMie sobie pływa,

że z babami często bywa tak,

że trzeba im "przyłożyć",

by bez stresu sobie pożyć

i popływać wraz z Ropuszkiem

-sadzawkowym, żabim duszkiem.

Cóż za teksty niepoprawne!

Wydać może się zabawne,

że ja - Ropuch, co swą Żabcię

po sto razy cmokam w łapcię,

wzywam tutaj do agresji

i nieulegania presji

ukochanych naszych żonek,

które wiążą nam postronek...

 

No i przyszła teraz chwila,

żeby wspomnieć też Bazyla.

Na Pomorzu człowiek żyje.

Trzeba przyznać, że nie gnije

w łóżku przed telewizorem.

Może dla nas być on wzorem

jak w tzw średnim wieku

ruszać się. Więc hej! Człowieku!

Gdy zwątpienia przyjdzie chwila,

to przypomnij se Bazyla!

Z domu wyjdź i rusz swą dupę.

Poznasz wtedy ludzi kupę,

co jak Bazyl się ruszają,

na kajaczkach se pływają.

Może poznasz też "dupencję",

co podniesie Ci potencję...?

Więc nie dawaj człeku dyla

w marazm, lecz Bazyla

rad posłuchaj, byś wciąż w życiu

swego.......miał w użyciu!

Jak to zrobić? Ci podpowie

Bazyl - samo zdrowie!

 

Czasem lubię poregacić

i dlatego znam dwóch braci.

Fajne, tęgie chłopy skromne,

więc dlatego Wam tu wspomnę

o tych braciach, co to jeszcze

nam księżyca nie ukradli.

Mówię tak, zebyście zgadli

co to są za bracia. "Drwale"?

Tak! To nie pomyłka wcale!

Tak ich wszyscy nazywają,

gdy z Drwalami popływają.

Mocna jest z tych braci para.

Nazywają się - Sumara.

 

Od pisania ręka boli.

Tylu jeszcze jest "Długoli",

co opisać by tu można,

lecz ma ręka jest ostrożna.

Nie chcę, by powstała draka,

gdy opiszę tu Ślimaka...

Jeszcze komuś się narażę...

Biorę zmilczam więc i ważę

słowa, bo już ma ropusza głowa

lekko "dymi" od pisania.

Słaba jest ta moja "bania"...

Biorę, zmilczam więc, lecz krzyczę,

że Wam wszystkim dobrze życzę!

Byście wszyscy w Nowym Roczku

pomalutku, krok po kroczku

plany swoje pospełniali,

kilometrów napływali.

Zdrowia, szczęścia, pomyślności,

z kajakarstwa w bród radości!

O czym jeszcze "Długol" myśli?

Może nam się dzisiaj przyśni...?

 

Dobranoc Długole! Ja dzisiaj się opierdzielałem, bo nie byłem godzien spuścić się na wodę... :laugh:




#26268 "WISŁA PSTRĄG 2015"

Napisane przez Ropuch w 22 wrzesień 2015 - 00:12

Taaa… Przyszła wreszcie pora, żeby się wypróżnić „literacko”. Turabat, Eltech opowiedzieli już imprezkę pismem obrazkowym, czas na beletrystykę.

Wszystko zaczęło się wiosną tego roku na którymś z naszych qmqmowych treningów. Ktoś, nie pamiętam już kto, rzucił pomysł, żeby zrobić takie „nasze” ścigaństwo na trasie Wawa – Góra Kalwaria – Wawa. To jest odcinek Wisły na którym, z racji położenia naszego klubu, najczęściej pływamy. Znamy tu każdy metr kwadratowy wody. I to znamy na bieżąco. Ale myliłby się ten, kto by chciał pływać po Wiśle „na pamięć”.  Wystarczy kilka centymetrów zmiany stanu rzeki i otwierają się nowe  ścieżki płynięcia, a przy większych różnicach poziomu wody Wisła staje się „nową” rzeką. Trzeba czytać wodę. I, jak popatrzyliśmy na organizowane w Polsce maratony kajakowe, stwierdziliśmy, że nie ma takiego wyścigu, który wymagałby od płynących tej umiejętności w takim stopniu, w jakim wymaga tego Wisła.

Pomysł ewoluował i doszliśmy komisyjnie do wniosku, że moglibyśmy zorganizować imprezę o szerszym zasięgu. W naszych marzeniach i wizjach widzieliśmy już, jak zaproszeni najlepsi polscy długole dostają od nas – QmQmów w dupę, no bo przecież atut „naszej” trasy dawał nam pole do popisu… Taaa… W kontekście znanych już wyników maratonu nie pozostaje mi nic innego, jak stwierdzić, że życie jest brutalne, do dupy i generalnie nie ma sensu… Jakieś „Rosady”, „Reki”, „Mikity”, „Łapińskie” , że o Turabacie nie wspomnę…  Kto w ogóle dopuścił tych osobników do zdrowej, nie skażonej wyczynem rywalizacji turystów kajakowych…? No, pokażcie mi autora tego absurdu. Już ja mu wytłumaczę, co to jest zdrowa, nie skażona obrzydliwym wyczynem turystyczna rywalizacja! Cholera! Jakoś się rozemocjonowałem więc dla uspokojenia  popatrzmy na Warszawski Klub Wodniaków.

P1040590.JPGPrawda, że piękny? Zielone uspokaja…       

Taaa… Potem już „poleciało”. Zrobiliśmy program i regulamin wyścigu. Zawiadomiliśmy o tym kajakarską rodzinkę na Forum i czekaliśmy na zgłoszenia. Pierwsze, były od QmQmów… Dopiero, jak na listę zgłoszonych zapisali się Piotrek i Turabat, posypały się dalsze zgłoszenia od najlepszych długodystansowców z całej Polski. Kropką nad i było zgłoszenie się Tadeusza Reka. Słyszałem oczywiście dużo o „tym człowieku” ale nie miałem nigdy okazji spotkać go „w realu”. Z tego określenia powstała nawet humoreska, bo ktoś złapał mnie za słowo i zaproponował, żebym spotkał się z Tadeuszem w Lidlu. Następną propozycją była „Żabka” ale wtedy zaprotestowałem, bo z powodu, że moja kochana żoneczka ma ksywę „Żabcia”, to wolałem się w niej z Tadeuszem nie spotykać… 

18 września mleko się rozlało. Zjechali do WKW najlepsi polscy długole. 

IMG_2822.CR2.jpgIMG_2799.CR2.jpgIMG_2723.CR2.jpgIMG_2843.CR2.jpgIMG_2948.CR2.jpgIMG_2970.CR2.jpgIMG_3017.CR2.jpgIMG_2904.CR2.jpgNie było tutaj „przypadków”, chociaż wśród zgłoszonych ścigantów było trzech nowicjuszy. Sharan, Jacek i Paweł. Wszyscy dali radę i ukończyli maraton.  No nie, nie wszyscy. Mnie się k.. (!!!!) nie udało. Nie będę się na ten temat rozpisywał, bo  mnie jeszcze jakiś szlag trafi, albo co. Powiem w skrócie: straciłem ster (głębinowy) 3km przed Gassami z powodów zupełnie mi niewiadomych. W nic nie uderzyłem. Oczywizda umiejętność pływania bez steru nie jest mi obca. Mogłem płynąć ale po prostu nie chciało mi się tyrać. Maratonka bez steru, na Wiśle, to ciężki kawałek chleba. Czas, w jakim  dopłynąłbym  do mety miałby się nijak do możliwości. Znam swoje miejsce w długolskiej hierarchii, znam czas w jakim,  pokonuję na treningach tę trasę i wiem, że „waliłbym się” z Batyakiem o 10 miejsce. Nuuuda, ile można…  Zlazłem w Gassach z wody uznając, że w tej sytuacji bardziej przydam się w klubie, niż na wodzie. Wróciłem z Martusią Turabatową, która jak zwykle, jechała wzdłuż trasy i fociła.  A, Chłopaki płynęli. Usiadłem z Martusią na tamie karczewskiej i patrzyłem. Na punkt nawrotu w Górze Kalwarii nie mogliśmy się z brzegu dostać. Krzaczory i starorzecza nie do przebycia.   Wróciliśmy do klubu tuż przed pierwszym zawodnikiem. To był oczywizda Tadeusz. Niesamowity człowiek. Później przy ognisku mieliśmy okazję pogadać i muszę stwierdzić, że oprócz tego, że jest świetnym kajakarzem, to jest mądrym i dobrym człowiekiem. Piotrek deptał po piętach Tadeuszowi do samej mety ale rady nie dał. Trzeci do mety dotarł Turabat ale to nie jemu miało przypaść trzecie miejsce. Lepszy od niego czas wykręcił Jacek Mikita. Ten skromny i cichy mężczyzna stanął na pudle mimo, że na podprądziu, na 10 km trasy zaliczył glebę. To było tuż przed ujściem Jeziorki. Płynąłem jeszcze ze sterem. Jacek zbliżał się do mnie (startował długo po mnie) w tempie ekspresowym. Było między nami może z 50-60 metrów, gdy usłyszałem plusk…  Zawróciłem i ściągnąłem Jacka do najbliższej piaszczystej łachy. Ogarnął się błyskawicznie, a po kilometrze był już przede mną… Po prostu fachowiec. Ale, żeby tak zaraz wyprzedzać…? Przesadził. Gorycz z powodu utraty steru zrekompensowały mi „moje” QmQmy. Agusia, Mateuszek, Bartuś, Batyak, Bany-Sebuś. Wspaniale popłynęli. Wszyscy porobili swoje życiówki, a Mateuszek i Bartuś spowodowali, że napis na mojej polarowej bluzie -  „Najszybsze wiosło klubu” jest już nieaktualny…  Agusia otrzymała od Prezesa WKW – Michała Dzierżaka nagrodę za osiągnięcia sportowe. Nagroda, to kamerka GoPro. Tego dnia Agusia miała wiele powodów do radości. Wylosowała nagrodę główną – kajak „Sekatex Solo Expedition” firmy SEKATEX. P1040582.JPGNagrodami za I, II, III miejsce były: wiosło (łycha) firmy „Art Padles”, namiot dwuosobowy, worek-plecak wodoszczelny.

W czasie, gdy na wodzie szaleli długole, w klubie „szaleli” Słonko, Eltech, Agnieszka (z Wrocławia), Małgosia,Chmurka (żonka Mateuszka), Żabcia,Borys, Młody Eltech, Konrad. Myślę, że nikt z nas nie zdawał sobie wcześniej sprawy ile trzeba się natyrać, żeby przygotować i sprawnie przeprowadzić taką imprezę.  Jedynie nasza Sędzina Główna – Gosia 530 ze spokojem mistrza kung-fu na twarzy robiła swoje. Dzielnie pomagali jej sędziowie pomocniczy: niejaki Kazik powszechnie zwany Kazikiem oraz syn Małgosi (530) – Michał. Co do Michała, to jako organizatorzy strasznie daliśmy d…, bo nie dość, że się chłopak natyrał, napomagał przy sędziowaniu,  to w dodatku miał tego dnia urodziny. A, my – organizatorzy ani be, ani me… Kicha… W przyszłym roku Michałku tak Ci się odwdzięczymy, zadość uczynimy, ugościmy,  że Twoja Mama chyba się na nas pogniewa… Piszę „w przyszłym roku”, bo zamierzamy robić ten maraton cyklicznie. Z doskoku i spontanicznie zrobiła się z naszego maratonu również towarzyska imprezka. Przybyli do naszego klubu zaprzyjaźnieni kajakarze: Hania i Tadeusz Kuligowscy, Wiesiek, Milimetr, Wodnik 154.Otrzymałem wiele sms-ów od uczestników po zakończeniu imprezy z podziękowaniami i poparciem dla tego przedsięwzięcia. Powszechnie znany Piotrek z miasta Białogard zaproponował  włączenie „Wisła Pstrąg” w cykl maratonów Canoa Kazyak Cup. To fajny pomysł. Będziemy współpracować.Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do zorganizowania maratonu „Wisła Pstrąg 2015”.

 Dziękuję sponsorom: firmie Sekatex, Art. Padles, Agra- Art oraz anonimowemu sponsorowi, który nie życzył sobie ujawniania publicznie swego nazwiska… Dziękuję Policji Rzecznej, Straży Pożarnej i naszym Kolegom z Klubu, którzy wystawili swoje łodzie do zabezpieczenia wyścigu. W sumie trasę maratonu zabezpieczało  7 łodzi motorowych. Dzięki piękne dla Joli Rosada i Lucy, które przesiedziały w łodziach cały dzień pełniąc funkcje sędziów pomocniczych, Konradowi, który stał cały dzień przy grilu. Proszę o wybaczenie  i/lub uzupełnienie jeśli kogoś pominąłem w podziękowaniach.

Kiedyś, gdzieś przeczytałem, że sensem ludzkiego istnienia jest działanie. Bardzo mi się podoba to stwierdzenie.  Dodałbym  do niego, że – działanie wspólne. Sam, to mógłbym jedynie zrobić to, co wszyscy robimy w samotności…

Do zobaczenia długole za rok oraz za dwa tygodnie u Bartka na Jezioraku. Qm! Qm! :)

 

Ps. Zdjęcia autorstwa Martusi i Lecha.




#23858 Filozofowanie w temacie maratonów

Napisane przez mcgregorius w 06 luty 2015 - 16:32

cała ta dyskusja wychodzi ze złej strony.W Polsce kajakarstwo tak jak zamożność dzieli sie na dwie opcje: okazjonalną raz w roku na jakimś spływie z puszką piwa i extremalną maratońską,wyczynową,płyńmy przez Atlantyk etc.Nie ma klasy sredniej, czyli regularnego pływania dla zdrowia dwa-trzy razy w tygodniu, zamiast(obok) biegania, fitesu, roweru.Zanim tej klasy nie będzie, nigdy nie będzie dalszego kroku w kajakarstwie czyli wyczynu! I w tym ma największą rolę Polski Zwiazek Kajakowy, a powinno mu zależeć, ponieważ jeśli rodzic amator regularny zacznie bawić się w rywalizację, zaszczepi zamiłowanie dzieciom, a te to "klient" PZJ, byc moze późniejszy zawodnik i pracodawca panów prezesów, bo jak będzie zdobywał medale to oni będą mieli kasę.Ale to oczywiście mżonka, bo liczy się u prezesów jakiegokolwiek związku w Polsce, tylko kapusta doraźna, taka którą można zaplanować najdalej na długość kadencji, a taki długoterminowy plan nad którym trzeba popracować, nie jest zapisany w budzecie.




#23020 Pływanko w 2014 roku

Napisane przez kowboj w 30 grudzień 2014 - 20:06

          Dziś przedostatni dzień 2014 roku, mój transportowiec przeszedł na emeryturę wcześniej niż ja i przez to nie udało mi się popływać po świętach na zaplanowanych akwenach, ale dzięki koledze kajakarzowi ze Śląskiej Rudy pływanko w 2014 jeszcze się nie skończyło, jutro będzie Warta (jeśli nie zamarzła), a relacja z tego i podsumowująca ten wątek już w Nowym 2015 Roku.

 

Wszystkim śledzącym ten wątek (i innym kajakującym tyż) samych udanych wodnych dni na Nowy 2015 Rok życzy Kowboj   :P




#20939 Wyprawa w pop..rzek Polski

Napisane przez Turabat w 29 czerwiec 2014 - 20:35

28.06.2014 - Dzień dziewiąty - sobota.

Ślimak wstaje jak kończę drugą kawkę i jestem w połowie nowego wpisu, którego i tak nie dokończę, bo siada mi bateria. Muszę koniecznie przenocować w miejscu z prądem.

Dzisiaj przyjedzie do mnie moja żona kochana Marta, więc miejsce musi być rownież dostępne dla samochodu.

Ślimak odprowadza mnie do śluzy Józefinka na 37 km. Przed śluzą jest ze 100 metrów zgromadzonej rzęsy wodnej i innego zielska, że aż ciężko się przebić kajakiem. W całym kanale jest dużo zielska i non stop łapię je dziobem, co mnie mocno wkurza.
Dołączona grafika

Żegnam się ze Ślimakiem, który wraca do Bydgoszczy. Wielkie dzięki za towarzystwo i pomoc w przejściu przez miasto. Bez niej nocowałbym chyba w parku miejskim.

Mijam następne śluzy, Nakło Zachód na 39 km i Wschód na 43 km.
Od tej śluzy towarzyszy mi mała barka. Śluzujemy się razem na tej i na następnej śluzie Gromadno na 53 km.

Trochę słabo mi dzisiaj idzie wiosłowanie i już wiem, że nie zdążę do 16:09 na śluzę Krostkowo na 68 km.

Dzwonię do Marty i umawiamy się, że nocleg będzie na śluzie. Dopływam do niej około 17:00. Na śluzie wesołe towarzystwo z dwóch jachtów motorowych i Pan śluzowy. Jest gdzie się rozbić i jest gdzie naładować baterie. Super.

Marta dojeżdża 30 minut poźniej. Szybko rozbijamy namiot, aby zdążyć przed nadciągającą burzą.

Po burzy wychodzi słońce, robimy grilla, pijemy piwko, podziwiamy przyrodę.
Dołączona grafika


#20811 BRDA EXTREME - Maraton

Napisane przez piotrek w 20 czerwiec 2014 - 18:09

Jacku, ja nikogo nie zachęcałem do płynięcia po ciemku - poczytaj regulamin, jest bardzo krótki i nieskomplikowany. Każdy mógł ruszyć kiedy chciał, ja ruszyłem o 3:00 jak już świtało i dopłynąłem 17 minut po 20:00. Gdybyś znał się na tym o czym piszesz lub chociaż był razem z nami, pewnie tej dyskusji by nie było. Masz problem, zgłoś to do prokuratury, może Pzkaj Ci podziękuje, bo wydaje mi się, że stajemy się konkurencyjni dla tego molocha który wydaje ciężkie pieniądze na spływiki dla podpitych kajakarzy przed zawałem. Ty powiedziałeś co myślisz o naszym pływaniu - ja to przyjmuję. Ale nie chciej abym ja napisał co myślę o Waszym pływaniu, wtedy pewnie by mnie tu zablokowali. Pozdrawiam i nie czekam na odpowiedź


#18266 MARATON KAJAKOWY NA PILICY

Napisane przez dlapi w 22 styczeń 2014 - 22:15

Panie Sławku nie będę z tego powodu rozpaczał,że się nie zobaczymy, bo jak ktoś chce się zmierzyć przynajmniej ze 100 kilometrowym dystansem, to nie oczekuje kateringu i menu . Jeżeli jednak byś się zdecydował popłynąć i pokonać swoje słabości, to daj mi znać, na jakiej jesteś diecie, co jesz i dostosujemy na punkcie z jedzeniem odpowiedni jadłospis. Wszystkich nie zadowolę, bo się nie da, ale skoro się, jak napisałeś nie zamierzałeś wybierać, to po co Twoja trolowa wypowiedz. Nie chciałbym zaśmiecać tego wątku dyskusją z Tobą, proponuję pisz na emaila. Zauważ jedną ważną rzecz, ci którzy zadeklarowali udział w maratonie, nie zgłaszają uwag i to jest dla mnie wyznacznikiem.


#17695 Życzenia na "Nowy Rok"

Napisane przez Turabat w 23 grudzień 2013 - 14:17

Wszystkim tym których poznałem, jak i tym z którymi nie miałem jeszcze okazji spotkać się na wodzie ... życzę zdrowych, rodzinnych i spokojnych świąt oraz dużo pływania w roku 2014. Pozdrawiam! Turabat